Krystian Magdziarz od 2009 roku zarabia na stronach internetowych. Po latach, setkach zakupionych i rozwijanych projektów oraz przejściu od blisko 150 do ponad 1 000 zarządzanych serwisów rozlicza się z hasłem, które sam kiedyś stosował: „pasywny dochód”. Mówi, co naprawdę znaczyło „bez pracy”, dlaczego historia strony nietkniętej przez 14 lat nie jest receptą dla innych i gdzie kończy się imponujący wynik, a zaczyna rachunek za ryzyko, utrzymanie oraz uwagę właściciela.
Od 2009 roku zarabia pan na stronach internetowych i przez lata opisywał ten model jako pasywny dochód. Po piętnastu latach: ile zostało w nim pasywności, a ile pracy, której odbiorca po prostu nie widzi?
Najuczciwsza odpowiedź brzmi: słowo „pasywny” było nieuczciwe i dziś nie użyłbym go w tej formie. Sugeruje, że raz wykonuje się ruch, a potem pieniądze przychodzą niezależnie od właściciela. W przypadku serwisów internetowych tak nie jest. Można mieć okres bez bieżącej pracy przy konkretnym projekcie, ale wcześniej ktoś musiał go kupić, ocenić, uruchomić albo rozwinąć. Ktoś ponosi też ryzyko, że ruch zniknie, treść przestanie odpowiadać odbiorcom albo sam serwis technicznie się zestarzeje.
Pasywność bywa więc cechą pewnego odcinka, a nie całego modelu. Jeśli przez jakiś czas nie loguję się do panelu konkretnej strony, nadal podejmuję decyzje: co utrzymywać, co przebudować, gdzie nie dokładać kolejnych godzin. Jest też praca wykonana wcześniej, niewidoczna w miesięcznym zestawieniu.
Po piętnastu latach powiedziałbym raczej o aktywie cyfrowym, które czasem zarabia przy małym bieżącym zaangażowaniu. Czytelnik ma prawo pytać nie tylko „ile wpłynęło?”, lecz również „ile pracy i ryzyka było wcześniej?”. Sam powinienem był tak ustawiać tę rozmowę od początku.
Deklarował pan „11 200 zł dochodu bez bieżącej pracy” w przypadku suchary.com. Czy ta liczba nadal jest prawdziwa w tym samym znaczeniu, czy dziś opisałby ją pan inaczej?
Liczby nie wycofuję, wycofuję skrót myślowy. 11 200 zł było dochodem uzyskanym bez bieżącej pracy nad tym serwisem w opisywanym okresie, ale nie dowodem na zarabianie bez pracy w ogóle. Serwis trzeba było wcześniej kupić, utrzymywać, a później zdecydować o renowacji. Był też kapitał wystawiony na ryzyko i koszt alternatywny: te same środki oraz uwagę można było przeznaczyć gdzie indziej.
„Bez pracy” jest prawdziwe wyłącznie po dodaniu: czyjej i w jakim okresie? Jeśli mówię o braku regularnej obsługi strony w czasie, gdy powstawał dochód, to tak. Nie była to jednak historia o pieniądzach bez wcześniejszych działań. Dzisiaj napisałbym: „11 200 zł bez bieżącej pracy nad serwisem, po wcześniejszym zakupie i przyjęciu ryzyka”.
Na pamiętniku, w którym pokazuję też liczby nieprzyjemne, chcę zostawiać pełniejszy obraz: wynik, kontekst i błędy interpretacji. Jedna liczba świetnie działa jako nagłówek, ale nie odpowiada na pytanie, czy rezultat da się powtórzyć. Nie wiem, czy dziś ten sam zakup przyniósłby podobny efekt. Właśnie dlatego nie powinno się zmieniać pojedynczego przypadku w obietnicę.
Mówił pan: „serwis kupiony za 800 zł, przez 14 lat nietknięty, wciąż zarabiał”. Czy dziś taki scenariusz jest jeszcze możliwy, czy to historia z warunków, których już nie ma?
Możliwy — ale „możliwy” nie znaczy „rozsądny jako plan”. Pierwszy serwis kupiłem na Allegro za 800 zł, nie zmieniałem go przez 14 lat i w tym czasie zarabiał. Dla suchary.com podawałem 269 proc. ROI w ciągu 14 lat, a po renowacji wartość serwisu wzrosła pięciokrotnie. To są fakty dotyczące jednego przypadku. Nie wynikają z nich ani gwarancja, ani zasada, że najlepszą strategią jest porzucić kupioną stronę i wrócić po kilkunastu latach.
Ta historia ma też mniej wygodną warstwę: nie wiedziałem z góry, jaki będzie wynik, a brak działania mógł oznaczać utratę szansy albo zniknięcie projektu. To, że serwis przetrwał i zarabiał, nie zmienia zaniechania w uniwersalną metodę inwestycyjną.
Dzisiaj nie postawiłbym tezy, że 14 lat bez zmian jest wzorem. Wycofuję się z sugerowania, że ta anegdota opisuje typową inwestycję. To skrajny przykład odporności jednego projektu, nie instrukcja.
Ogłosił pan „przebudowę z AI od zera do produkcji w 48 godzin”. Co zostało z tej obietnicy po zderzeniu z praktyką: gotowy biznes czy szybkie wykonanie techniczne?
Zostało 48 godzin jako opis czasu przebudowy konkretnego serwisu, a nie obietnica stworzenia dojrzałego biznesu w dwa dni. „Od zera do produkcji” odnosiło się do prac nad wersją, którą można było uruchomić. Nie obejmowało czternastu lat wcześniejszej historii domeny, odbiorców, danych ani decyzji o tym, co właściwie budujemy. Gdy odetnie się ten kontekst, zdanie brzmi tak, jakby narzędzie samo wymyśliło aktywo, znalazło rynek i dowiozło wynik. Tego nie twierdzę.
AI przyspieszyła wykonanie, lecz nie zdjęła ze mnie odpowiedzialności za zakres, kontrolę i publikację. Ten podział pracy jest dla mnie ważniejszy niż samo hasło „48 godzin”. Podobnie działa narzędzie, które sam zbudowałem do tej pracy: monitoruje wskazane strony, media społecznościowe i publikacje naukowe, odrzuca materiały spoza tematu, łączy powtarzające się doniesienia oraz przygotowuje artykuł ze źródłami. Dopiero człowiek akceptuje wynik przed publikacją. Są integracje z WordPressem, Wagtail, e-mailem i webhookiem, a produkt pozostaje w fazie beta.
To pokazuje granicę automatyzacji. Maszyna może przetworzyć materiał i złożyć wersję roboczą, ale nie wie, czy źródło zasługuje na zaufanie ani czy tekst powinien się ukazać. Decyzje przesuwają się z wykonywania czynności na projektowanie procesu i kontrolę.
Gdybym dziś powtarzał tę deklarację, dopisałbym wprost: „techniczna przebudowa konkretnego istniejącego serwisu w 48 godzin, przy użyciu AI i z nadzorem człowieka”. Wycofuję się z języka, który pozwala pomylić szybkość wdrożenia z szybkością budowania wartości. Kod można przygotować w dwa dni. Zaufania, historii projektu i sensownego modelu działania nie mierzy się tym samym zegarem.
Mówił pan, że kupił i rozwijał blisko 150 serwisów, a dziś zarządza ponad 1 000. Co przy tej skali zmieniło się w samym zawodzie inwestora w strony internetowe?
Przy blisko 150 serwisach można myśleć o pojedynczych stronach. Przy ponad 1 000 trzeba myśleć o regułach: które źródła obserwować, jak usuwać powtórzenia i gdzie potrzebna jest decyzja człowieka. Skala nie wystarczy, jeśli nie wiadomo, po co serwis istnieje i kto odpowiada za publikację.
Dobrym kontrastem wobec opowieści o pasywności jest praca nad codziennie aktualizowanym portalem medycznym. To część grupy medjobsonly.com, obejmująca przegląd prasy medycznej z kilkuset źródeł, również zagranicznych, oferty pracy, forum, publikacje naukowe, materiały wideo oraz analizy posiedzeń sejmowej komisji zdrowia. Taki serwis z definicji wymaga stałej pracy. Nowe materiały pojawiają się każdego dnia, źródła trzeba odsiewać, a efekt przed publikacją powinien zobaczyć człowiek.
Zmienił się środek ciężkości zawodu. Mniej chodzi o poprawianie każdej podstrony, więcej o proces: co może wykonać oprogramowanie, a czego nie należy mu oddawać. Inwestor decyduje, czy rezultat ma sens ekonomiczny i redakcyjny. Właściciel odpowiada za publikację.
Ponad 1 000 serwisów jest też ostrzeżeniem. Każdy projekt zwiększa liczbę możliwych awarii i błędnych priorytetów. Dziś mniej imponuje mi samo „ile”, a bardziej zasady obsługi portfela. To nadal jest praca.
Powtarza pan: „ten blog to mój pamiętnik, nikogo do niczego nie namawiam”. Skoro tak, to po co pisze pan książkę „Wirtualne Kamienice” i prowadzi newsletter z ponad 500 zapisanymi osobami? To już nie wygląda jak prywatna notatka.
Nie wygląda, bo prywatna notatka opublikowana dla odbiorców przestaje być wyłącznie prywatna. Zdanie „nikogo nie namawiam” miało oddzielać opis własnych decyzji od rekomendacji inwestycyjnej, ale nie zwalnia mnie z odpowiedzialności za sposób, w jaki buduję przekaz. Jeśli wybieram tytuł, pokazuję ROI, wydaję książkę i wysyłam newsletter do ponad 500 osób, to oczywiście chcę być czytany. Udawanie, że nie wywieram żadnego wpływu, byłoby wygodną ucieczką.
„Wirtualne Kamienice” porównują inwestowanie w nieruchomości z inwestowaniem w serwisy internetowe. Piszę z perspektywy inżyniera, nie finansisty. Newsletter służy dzieleniu się tym procesem. To nie zmienia moich doświadczeń w poradę dla każdego, ale muszę pilnować, żeby przykład nie udawał reguły, a wynik historyczny — obietnicy.
Wycofuję się więc z dosłownego sensu zdania „nikogo do niczego nie namawiam”. Publikowanie zawsze do czegoś zaprasza: choćby do przyjęcia określonego sposobu myślenia. Mogę powiedzieć uczciwiej, że nie daję indywidualnych rekomendacji i nie twierdzę, że czytelnik powinien powtórzyć moje decyzje. Jednocześnie liczę na jego uwagę, a skoro ją dostałem, powinienem pokazać także koszty, ograniczenia i przypadki, których nie da się łatwo skopiować.
Od 2009 roku powtarza pan, że zarabia na stronach internetowych. Gdyby mógł pan wrócić do siebie z tamtego momentu, co powiedziałby pan inaczej — bez wiedzy dopisanej po fakcie?
Powiedziałbym: nie nazywaj dochodu pasywnym, dopóki nie pokażesz, gdzie ukryła się praca.
Potem dodałbym, żeby oddzielać działający serwis, udaną inwestycję i przypadek, który dobrze brzmi po latach. Strona może zarabiać bez zmian, ale to nie dowodzi, że brak zmian był najlepszą decyzją. Szybka przebudowa pokazuje sprawność wykonania, nie wartość biznesu. Skala nie zastępuje zasad zarządzania.
Nie odbierałbym sobie prawa do eksperymentowania. Zakup serwisu za 800 zł, rozwijanie blisko 150 projektów, a później zarządzanie ponad 1 000 dały mi materiał do wniosków. Ostrzegłbym siebie, że język zostaje dłużej niż kontekst. „11 200 zł bez pracy” wygrywa z wyjaśnieniem, a „48 godzin” przykrywa czternaście lat historii aktywa. Bez ograniczeń odbiorca dopowie sobie obietnicę.
I jeszcze jedno: nie buduj tożsamości wokół tezy, z której potem trudno się wycofać. Dziś mogę powiedzieć, że serwisy internetowe bywają aktywami generującymi dochód przy ograniczonej bieżącej obsłudze. Nie mogę uczciwie powiedzieć, że są maszyną do pieniędzy bez pracy. Ta korekta nie unieważnia wyników. Przywraca im właściwą skalę.






